Tłusty czwartek level hard.


All / piątek, Luty 9th, 2018

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jak się czujecie po wielkim obżarstwie? Czy dzisiaj dojadacie to co się wczoraj nie zmieściło?

Muszę was uświadomić że spalenie jednego pączka (około 350 kcal) to ośmiu kilometrowy spacerek. Chyba że wolicie formę bardziej pasywną. W takim wypadku wystarczy czternasto godzinny maraton telewizyjny.

Moja kochana małżonka też przygotowała wczoraj pączki. szczęście w nieszczęściu coś poszło nie tak.

Miały być pyszne placuszki z nadzieniem różanym, a tu wyszły czerstwe kulki z marmoladą oblepioną surowym ciastem.

Zdarza się. Najważniejsze są intencje.

Dzieci chore i mam urlop. Postanowiłem wykorzystać chwilową nieuwagę mojego kochania i wymknąłem się do piekarni. Nie uszedłem daleko. Z daleka zauważyłem kolejkę jak za komuny.

Ludzie czy wy nie macie lepszych pomysłów na marnowanie sobie życia. Ale jednak na granicy świadomości zaczęła kiełkować mi myśl. TRADYCJA. Pączka trzeba skonsumować. Więc podchodzę. W połowie kolejki widzę kumpla.

Ja: Cześć co słychać.

Kolega: Widzisz kolejka. Jakich my czasów doczekaliśmy

J: Za czym stoisz?

K: Nie wiem. Zaczęli ustawiać się to i ja stanąłem.

Pogadaliśmy tak kilka minut, a kolejka wcale nie miała ochoty iść do przodu. Za to sznureczek coraz bardziej się wydłużał.

Stwierdziliśmy że idziemy na piwo… Tia jasne żeby mnie moje kochanie z domu wyrzuciło.

Doszliśmy do wniosku że ludzie stoją żeby sobie przypomnieć jak kiedyś było lepiej. Stoją bajdurzą, wspominają młode lata. A kolejeczka taka równiutka, taka poukładana. A gwar od ciżby słychać. Tu radosne śmiechy i przekomarzania, tam lekkie kuksańce w bok.

Zacząłem się zastanawiać czy nie dojdzie do jakichś zamieszek. W zasadzie wypieki to powód równie dobry jak każdy inny.

Tak czy inaczej pączków nam się odechciało.

Ze spuszczoną głową powoli wracałem do swojej niedoli. Małżonka właśnie wychodziła do pracy, więc była mocno zajęta i nawet mi się nie oberwało za eskapadę.

A tak nawiasem mówiąc. Chyba nawet rozwścieczony byk na corridzie nie robi większego chaosu niż kobieta wychodząca z domu.

W końcu chwila ciszy. Mózg zaczął działać na zwiększonych obrotach. TAK. Na pewno nie tylko ja mam problem z niedopieczonymi pączkami. Wujek Google pomoże.

Jest. Piec kilka minut w 150 stopniach.

Więc wstawiłem kilka sztuk i czekam. Zegarek w dłoni. Ręce aż drżą z tłumionego podniecenia.

Nie nadaję się do garów,  więc adrenalina przy wszystkich kuchennych czynnościach jest wysoka.

Dobra wystarczy siedem minut. Łapię jeszcze gorącego pączusia, zatapiam w nim zęby.

Mhm niebo w gębie.

I nagle słyszę jakiś hałas. To moje chłopaki się obudziły. Rzuciła się szarańcza na mnie. zobaczyli pączki i zaczęli jeden przez drugiego się przepychać.

Przecież dziecku nie odmówię. Wystawiłem wypieki na talerzyk i postawiłem przed nimi.

Myślicie że coś mi zostawili.

Marzenie.

Dobrze że schowałem resztę niedopieczonych, bo i te by porwali.

Z łezką w oku zjadłem tego pierwszego.

Po południu wróciła moja połowica. Opisałem jej metodę ratowania pączków.

Wstawiła podobnie jak ja.

Po siedmiu minutach napomniałem że może starczy.

Ona wie lepiej. mam sie nie odzywać.

Nic to. jak kobieta już wie lepiej to faktycznie lepiej usunąć się na bok.

Po godzinie dopominam się, czy jeszcze coś mi dzisiaj przysługuje.

Reakcja – Panika. Zapomniała o piekarniku.

Zaglądamy z trwogą do kuchni. Nic się nie pali. Otwieramy piekarnik.

Ze skwarków pozostały skwarki.

Zdarza się.

Grunt że chociaż jeden zjedzony.

Tradycja podtrzymana.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *